W Sądzie Rejonowym dla Łodzi Śródmieścia rozpoczął się w czwartek precedensowy proces dot. kredytu hipotecznego zaciągniętego we frankach szwajcarskich.
Chodzi o pożyczkę, jaką małżeństwo z Raszyna pod Warszawą zaciągnęło dekadę temu w łódzkim oddziale mBanku. Problem polega na tym, że wzięli 360 tys. zł. Przez podwyżkę kursu franka, dzisiaj do spłaty mają jeszcze 420 tys. zł. Twierdzą jednak, że bank naliczył im zbyt wysokie raty i domagają się zwrotu 62 tys. zł nadpłaty.
Wzięli kredyt we frankach. Teraz pozywają bank
W czwartek małżeństwo pierwszy raz złożyło w sądzie wyjaśnienie w tej sprawie. Niestety, zapomnieli wiele szczegółów nt. kulis podpisania umowy.
- To był pierwszy i, jak na razie, ostatni kredyt, jaki wzięliśmy. Wybraliśmy go, bo zapewniano nas, że frank jest stabilną walutą i zapewnia niższe raty, niż kredyt wzięty w złotówkach - mówił mężczyzna.
Kredyty we frankach były ryzykowne [WYWIAD]
Sędzia dopytywał, na jakiej podstawie małżeństwo stwierdziło, że waluta jest stabilna. W ciągu dwóch lat frank miał bowiem wahania na poziomie 25 proc. wartości. Małżeństwo twierdziło jednak, że nie wiedziało o tym.
Kredytobiorców wcześniej poparł prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który orzekł, że bank nie może arbitralnie ustalać kursów franka, po których zmienia oprocentowanie kredytu. Nawet, jeśli był taki zapis w umowie, którą podpisali konsumenci.
Przedstawicielka mBanku zapowiedziała, że bank nie pójdzie na żadną ugodę.
Czytaj:Ciężki żywot frankowiczów
